Cicho sza.

2010-06-18 22:40:41

W słowie codzienność chciałabym tonąć każdego dnia, zachłysnąć się jego bezpretensjonalnością. Nie potrafię znaleźć w sobie zdań, które nazwą mnie w Twoich oczach. Najgorsza z najgorszych, zaskakująco okrutna, prawdę o sobie podałam Ci z przystawkami z kłamstw. Nie wiem jak nakarmić Cię tym posiłkiem, by zaspokoić Twój głód i apetyt. Ja, której na imię zło, zrodzona, by upadlać siebie każdego dnia coraz bardziej. Ja, psychodeliczny skowyt, który nagle wdarł się w Twoją pięciolinię.

Każdego dnia otwieram oczy i już wtedy siebie nienawidzę. Brzydzę się każdego skrawka, który świadczy o mojej obecności. Zawsze jedynym człowiekiem, na którym skupiałam uwagę, byłam ja sama. Egoistyczna, pozbawiona ludzkich uczuć i impulsów, odarta z człowieczeństwa w najoczywistszej wersji. Esencjonalne gówno w smakowitym papierku. Nie wiem, kiedy upadłam, lecz każdego dnia odkrywam dno coraz niżej poziomu morza. Piekielna zjawa, potwór w mojej głowie. Nienawidzę go, krzyczę na nią każdego dnia, ale ona nigdy nie odchodzi. Patrzy na mnie ironicznie, gdy spojrzę w lustro. Trzyma mnie za włosy, wie, że jestem słaba, że jej potrzebuję. Przepraszam, nie odchodź, już będę grzeczna, tylko ze mną zostań. Przecież wiem, że beze mnie sobie nie poradzisz. Jesteś słaba, ja daję Ci siłę.

Mój wewnętrzny głos, który mdli mnie na wysokości jajników, rozbijając kobiecość na sylaby, która spływa strugami mych łez, by zmieszać się z wymiocinami. Przekleństwa nikną wgryzione w rękę trzymaną głęboko w gardle.

Wiesz jak to jest czuć głód? Wiesz co to znaczy? Ja poznałam go dosłownie każdym ułamkiem swojego ciała. Pragnienie rozrywa mnie od wewnątrz: jeść. Boże, teraz, zaraz, już. Drżą mi palce, serce bije jak szalone. Żreć. Zaspokoić demona. Potem pójdę po oczyszczenie. Szczery żal za grzechy, a pokuta straszliwa. Patrząc na swoje obrzygane ręce zastanawiam się, kiedy spłynie po nich krew, kiedy moje ciało się podda? Dlaczego jest w nim wciąż światło? Co jest jego źródłem?

Kryzys prawdy, myśli, wartości. Tak niewiele istniało, teraz nie ma już nic.

Tyle lat, przelanych łez, zniszczonego życia. Truciznę sączę Ci nawet teraz, cicho szepcząc w ucho. Zamknij oczy. Czujesz? Moja skóra muska leniwie Twoje ciało, aksamitna, delikatna, pachnąca. To ja, porcelanowa lalka, który uśmiecha się do Ciebie po drugiej stronie wystawy. Zabawki nie muszą jeść. Karmią się zainteresowaniem, podziwem, adoracją.


Chcę krzyczeć, rozerwać mostek, zmiażdżyć żebra, wyć całą sobą. Moje apogeum jest blisko.

Oszalałam.


Imię

Rozedrgana prawda

Wgryzę się w każdą jego cząstkę

Odchyl

Pchnij

Jęcz

Wycieczka last minute

Pożądaniem wypalę

Żarliwie mówione słowa

Które spływają krwawą strużką

Za słodkie, by nie ulec

Zbyt gorzkie, by nie szlochać

Moja rzeczywistość

Rykoszet

Zawsze wraca

Ulegniesz

Przegrasz

Do bólu spragniony


Pozwól

Nakarmię się Tobą

Potem zakopię padlinę

Z chichotem hieny

Odnajdę drogę

Nagrobek z łez


Ty zawsze

Ja nigdy

 

skomentuj (2)
Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.

Z serii: Tryptyk. Siostra Trzecia.

2010-04-01 14:19:35

Adnotacje: życie jest takie przekorne. A na początek uraczę Was cytatem. Też mojego autorstwa.

"Dla niego była kolejną. Nic nie znaczącą kobietą, króliczkiem, którego musiał zjeść, nasycić nim swój głód. Króliczkiem nie szarym, bo w istocie smakowitym. Króliczkiem nie białym, bo nie krainę czarów chciała mu pokazać. Króliczkiem nie domowym, bo wymykała się większości norm i zasad. Króliczkiem czarnym, bo czarną miała duszę, bo czarne były jej myśli, bo czarna była jej przyszłość. Czerń łatwo wypatrzyć i na śniegu i na letniej łące. Noc czasem dawała jej kamuflarz, mogła wtedy być naga jak nigdy dotąd.
Dla niego jednak nadal pozostawała króliczkiem. Nie chodzi przecież o dywagacje nad wnętrzem, lecz rozkosz złapania.
Dla niego nigdy nie przestała być króliczkiem.
Jednak nigdy więcej w swoim życiu nie spotkał czarnego króliczka.
I gdy w tłumie łaciatych dominantek, szarych intelektualistek, białych anielic, kolorowych egzotycznych piękności wypatrywał czystej, nieskażonej czerni - nie znalazł jej.
I czasem, gdy budził się nad ranem, uderzał w niego widok tych jednych jedynych, dużych i ciemnych smutnych oczu, przeoranych jedną zaschniętą łzą. I wtedy chciał.. "

Ja tu. On gdzieś obok. I tylko myśli kotłują gdzieś nerwowo pomiędzy nami. Najstraszliwszy z wyborów, najmniej logiczna z decyzji, wytrawia w moim mózgu czarną dziurę beznadziejnego poczucia nicości. Nie wiem nic, nie czuję nic. Nic nie jestem warta, w tym bezeceństwie pławię się i zachłystuję. Jak wielki wstyd wytrawia mnie samą, poczucie porażki okrutnie uśmiecha się zza rogu, oblizując nerwowo usta.

Ja tu. Osaczona ofiara własnych decyzji i pułapek. Rozdaję karty bez względu na wynik rozgrywki. To ja jestem jokerem, który gdzieś tam utkwił na wysokości Twoich lędźwi. Niczym prawda jawię się w Twoich snach, tonę w obłokach utkanych próżnością i Twoim pożądaniem. Dalej, otul mnie całą, od stóp do głów. Władza drapie mnie po opuszkach palców, Energia wibruje.. kocham to szaleństwo, dźwięk, jęk, skowyt, ból.. Żaden nigdy mnie nie zapomniał, wyrok nigdy nie rozpłynie się we mgle – biały płaszcz niczym całun turyński, a koroną z cierni utkaną wbijać Ci będę go do głowy, abyś nigdy nie zatracił mnie przed oczami. Twoja wiara, moja siła. Twój dekalog moją szminką. A teraz ja wiję się tu na ziemi, byś moją krwią naznaczył Wasze schronienia i uniknął zagłady. Ja, Twa pierworodna myśl, ostatnia, którą mógłbyś zapomnieć.

On gdzieś obok. Jedno spojrzenie. Umarłam, choć wtedy narodziłam się na nowo. Dziki szał zawładnął Tobą, rozrywał Cię od wewnątrz. A ja, wściekła kotka, drapałam na oślep choć jęczałeś z rozkoszy. Otumaniłeś mnie sobą, wypaliłeś zmysły. Czułam, smakowałam i widziałam Tobą. Chciałeś zabrać mnie tam, gdzie w kryształowej klatce załatwiać miałam swoje potrzeby. Zachłanny, zaborczy, stanowczy. A mimo to, pełen lęku, wątpliwości i niedomówień. Nigdy nie stanęło to między nami, bo nie słowa tworzyły nasz język.

Nasyciłam się Tobą, chciałam mieć dość, chciałam zniknąć bez słów. Lecz Energia nie pozwoliła mi odejść. Stała się częścią Ciebie, zespoliła mnie z Tobą w swoim chorym korytarzu zależności, po którym błąkać zaczęłam się już wtedy, gdy ujrzałam Cię po raz pierwszy. Ogień płonął, rozszalały żywioł naszych pragnień i obietnic bez pokrycia. Dałam Ci moją Krew i Energię, hostię mego ciała, która ukryta była gdzieś na wysokości czwartego żebra. Byłam łapczywa i żarłoczna, piłam duszkiem, nie mając czasu na oddech. Piłam w agonii i atonii, tam gdzie nie ma już mnie, gdzie liczy się atom nie tkanka.


Zabrakło mi tchu, gdy straciłeś smak. Gdy karmiłeś mnie pustką swoich kłamstw i matactw. Wybudziłam się z katatonii poczucia obowiązku, w którą mnie wprowadziłeś. Ja, zdradzona, rozpaczliwie rozszalała, rozwścieczona do granic. Ja, krwawiąca i becząca żałośnie, wijąca się w posoce, którą skrzętnie zbierałeś, by ochronić się przed dziewiątą wśród plag.


Teraz stoję, w czerń otulona

Krzew gorejący obracam w proch

Tu potężna, a tam spalona

Ból w jeden głośny zamieniam szloch


Zemsta wieczerze planuje z uśmiechem

Makabra krwawy śledzi Twój ruch

Ja rewanżuje się tylko oddechem

Słabnę szalona, lekka jak puch


Siostry, wybaczcie, ja tak nie mogę

Tutaj nadszedł mej drogi kres

Uciekam w ognia słabnącą pożogę

A wyrok za mnie wykona pies


Enderze łowco bez litości

Od krwinek do szpiku bezwzględnie zły

Zmiażdż tętnice, wyszarp kości

Zatop w bólu swoje kły


Ja szlochając rozpaczliwie

Znikam wstydem swym cielesna

A Ty samcu licz sekundy

Twa ostatnia, jak bolesna

jest

już

TERAZ

Siostra Najmłodsza: Sprawiedliwość.

I tak więc trwają: Zemsta, Makabra i Sprawiedliwość, te trzy: z nich zaś największym tchórzem jest Sprawiedliwość.

skomentuj (2)
Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.

Z serii: Tryptyk. Siostra Druga.

2009-12-22 13:30:34

Adnotacje: oto moje oczyszczenie.

Zapewne trudno wymagać ilustrowania faktów, które mają znaczenie metafizyczne, trudno łudzić się, że uda się shumanizować ponadwymiarowość, nadać jej jakiś kształt, umieścić w kolorowej ramce i powiesić na ścianie. Zazwyczaj wszechświat tłumi negatywne uczucia głęboko we wnętrzu swojej skorupy zwanej codziennością. Bo przecież bezpieczniej uwięzić się za bezpieczną zbroją, umacnianą wraz z każdym nabytym doświadczeniem. Łatwiej, prościej, może nieco mniej prawdziwie. Ale któż odróżni prawdę od fałszu? Wychodząc na ulicę widzę obłudę, która ścieka ulicami, wynicowuje się ze sklepowych wystaw, wypluwana z ust ludzi niczym zużyta guma. Tak, rozsmakowujcie się w sobie, myślcie, jakże potężni jesteście. Pancerz, który każdy z was wybudował w końcu pęknie. A ponieważ dbacie tylko o niego, wasze wnętrze jest jak nowo narodzone pisklę – kwili o pomoc, o jedzenie, o uwagę. Zaczynacie gnić wewnątrz od momentu poczęcia. A ja? Gardzę wami, istotami plugawymi i słabymi. Raniącymi, niszczącymi, dążącymi do autodestrukcji kosztem innych stworzeń. Jak można się wyrzec prawdziwej siły w imię..? No właśnie, czego?

Poprawiłam się nieco na siedzeniu w tramwaju. Obserwując was, jedyne co czuję, to pobłażliwość. Przemykam spojrzeniami po waszych twarzach. Jedziecie skupieni na sobie, rzekomo pogrążeni i zainteresowani swoimi problemami. Nie uciekam przed waszym wzrokiem, bo to wy boicie się mojego. Nie wzbudzam w nikomu ciekawości, choć wiem, że moja uroda potrafiłaby przyciągać jak magnes. Jednak czymś innym się wyróżniam, prawda?

Kolejny deszczowy dzień. Szybko wsiadasz, rozpychając innych. Spieszysz się do pracy, może wracasz po zajęciach, pędzisz a spotkanie z kolejną ofiarą misternych seksualnych gierek. Rozglądasz się obojętnie po wagonie, w którym się znajdujesz. Widzisz twarze takich jak ty. Ścierw, którymi się brzydzę. I nagle twój wzrok pada na mnie. I czujesz dreszcz na swoim ciele. Nie, nie podniecenia. Strachu. Boisz się, prawda? Tylko nie wiesz dlaczego. Uśmiecham się zjadliwie, poprawiam krótkie platynowo blade włosy. Wkręcasz się w moją grę, w mój świat. Oto czujesz jak biorę cię w swoje szpony, choć nawet nie wstałam ze swojego miejsca. Dotknęłam cię tam, gdzie nigdy nikt nie dotarł. Penetruje cię od wewnątrz, depczę robaka, którego tam znalazłam. O tak, karmię się twym błazeńskim strachem. Świat, który tak misternie budowałeś, jest gotów runąć tu i teraz. Bo nie potrafiłeś stworzyć solidnych fundamentów, prawidłowo wartościować rzeczywistości. Ja, czysta karta nasycona jadem. Rozsmakuj się, degustuj, spróbuj zapisać jej strony, choć wiem doskonale, że nawet nie utrzymasz w ręce pióra.

Tramwaj mija kolejne przystanki, jednak nie zauważasz tych drobnych zmian. Deszcz zalepił szyby, już nie patrzę na ciebie, obserwuję brudny i zepsuty świat, pogarda wykrzywia moje usta. Lecz ty wciąż tkwisz w całkowitej atonii, twoje myśli zatrzymały się, wiatr wieje tam, gdzie powinna płynąc krew. Jesteś bardziej nagi, niż po całkowitym oskalpowaniu. Jakaś cząstka ciebie, bliżej nie zlokalizowana, drży spazmatycznie. Ledwie kilka atomów wije się z podnieceniu podczas twej całkowitej dezintegracji. Witajcie, siostry. Dziś pomogę wam uciec.

Gwałtowny płacz dziecka przerywa ciszę. Nieznośny dźwięk wibruje w moich zmysłach. Spazmy powodują u mnie odruch wymiotny. Spójrz na nie, o dokładnie tak, wyglądacie bardzo podobnie. Jesteś rozwinięty na etapie kilkumiesięcznego dziecka. Patrzysz na mnie pytająco, kiwam ci głową.

Zatrzymujemy się na przystanku. Przez otwierane z hukiem drzwi starego tramwaju wszedł ogromny czarny podpalany pies. Wyszczerzył do mnie w powitaniu kły. Witaj, Enderze. Nastroszona sierść pół-wilka, pół-dobermana przybrudzona była plugastwem tego świata. Widziałam, jak z obrzydzeniem na was patrzy. Z niesmakiem zwrócił swój wielki pysk ku płaczącemu dziecku. Baliście się go, tak samo jak i mnie, jednak byliście bezbronni i niczym kukły patrzyliście, jak zbliża się do wózka z łkającą zawartością. Potężna kufa ledwo mieściła się we wnętrzu cukierkowo różowego łóżeczka. Zaśmiałam się głośno, gdy chrupot miażdżonych kości przerwał płacz. Ender zwrócił ku mnie zakrwawioną paszczę, odsłaniając wnętrze, które kryło wrota do prawdziwego piekła. Dzięki, przyjacielu.

Tramwaj zatrzymał się gwałtownie, groza zamroziła powietrze. Ender podbiegł do drzwi i łapą nacisnął przycisk je otwierający. Wstałam i otrzepałam ubranie. Skórzane długie spodnie z łatwością ścierały z siebie wstrętny posmak ludzkości. Ruszyłam w kierunku drzwi. Widziałam jak podchodzisz do wózka i w milczeniu podnosisz zwłoki dziecka, jak krew ścieka ci po rękach, jak drżysz i chłód zalewa twoje ciało. Krew uwolniła Energię, która tkwiła w twoim ciele. Kumulowała się koło mnie, gotowa razem wspólnie ruszyć dalej w tą obrzydliwą podróż w świecie chorych idei. Patrzyłeś zdruzgotany na zamarłe w bezruchu twarze współpasażerów. Nikt nie zareagował. Poznaj siebie w oczach innych ludzi. Smakuj swojej ułomności. Rzygaj sobą, jak ja wami wszystkimi.


A gdy wrócisz dziś do domu

Zamknij się w nim po kryjomu

Z rąk swych już nie zmyjesz krwi

Mój smak w nurcie twoich żył

Noś na sobie piętno wieczne

Aż do piekła wrócisz grzecznie




Siostra Druga – Makabra.


skomentuj (2)
Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.

Cykl: "Siostry Odrodzenia". Siostra Pierwsza.

2009-11-21 19:20:53

Trudno nazywać zło ukrytym celem. Niełatwym zadaniem jest przyporządkowanie go utartym schematom. Z niezwykłą gracją wymyka się spod kontroli, czy też jako manipulacja słowna czy też obszar ślepego fanatyzmu. Zło jest jak tułaczka, szaleńcza wędrówka, w którą nieustannie się udajemy. Wydeptujemy szlaki, by w pewnym momencie stanąć ponad sobą, swymi umiejętnościami i wiedzą.

Żałuję, że ZŁO ma właśnie TAKĄ – nie inną nazwę. Dlatego wolę wiarygodniejsze określenia. Czasem, by podać dokładną definicję, trzeba rozpocząć wielowątkową historię. Nie chcę kłamać.

A ONE po prostu tego nie robią.

***


Pojawiła się na tamtym osiedlu zupełnie przypadkowo. Liczba miejsc zachęcających do odwiedzenia była na tyle zawrotna, że najłatwiejszą formą decyzji było wskazanie dowolnego miejsca na mapie. Dziś była tutaj. Mieszkańcy osiedla nie potrafili doszukać się w niej ni krztyny, która mogłaby wydać się sympatyczna. Żyła sama, nikt nie wiedział kiedy i czy wychodzi, zresztą, nikt nie chciał tego sprawdzać.

Jednakże dla Sarah było to epokowe wydarzenie. Nowa lokatorka początkowo wydawała się dla niej nie istnieć. Wkrótce jednak, ilekroć przechodziła obok drzwi o numerze 11, odczuwała bliżej nieuzasadniony niepokój. Sarah nie była przesądna, nie wierzyła w żadne historię o siłach nadprzyrodzonych. Spokojni, stateczni rodzice, twardo stąpający po ziemi, przystojny mąż, bardziej żyjący obok niż razem z nią. Schemat codzienności, po raz kolejny będący dowodem na istnienie mikrozaburzeń w wydawałoby się solidnej strukturze budowli, splamionej strachem i naiwnością. Miała życie jak wiele kobiet w jej wieku i sytuacji, ale jednak wobec potęgi swojego umysłu była wyjątkowa. Siła ta nie była wykreowana przez głęboko skrywany geniusz, nie czyniła kobiety nadzwyczaj inteligentną. Tkwiła w niej, łaknąc towarzystwa, tęskniąc za przeszłością.


Mała cząsteczka najczystszej Energii zadrżała spazmatycznie, gdy tylko ją wyczuła. Podniecenie rozlało się we wnętrzu niewielkiego atomu. Sarah nigdy nie rozmawiała ze swoim wnętrzem, dlatego nie potrafiła prawidłowo zinterpretować jego zachowania. Lecz Moc nie byłaby sobą, gdyby nie była niezależna i nieobliczalna.

Pewnego dnia wszystko się zmieniło. Jedno spotkanie, skrzyżowanie spojrzeń i życie Sarah nagle się odmieniło. Hipnotyczne działanie nowej znajomej było niesamowite, a ona nie zamierzała z tym walczyć. Tkwiła w stanie, który dawał jej błogie poczucie konieczności swojego postępowania. Każda kolejna godzina niosła ze sobą nowe doświadczenia i doznania. Spędzała wraz z Nią swój cały wolny czas, zaniedbując sprawy zawodowe i prywatne. Ona jak nikt, potrafiła słuchać, a Jej milczenie absurdalnie wzmacniało i upewniało w poprawności swoich decyzji. Sarah ze zwykłej, pozbawionej wyrazu postaci, zmieniała się wreszcie w świadomą kobietę. Pierwszy raz w życiu opowiedziała o zdradach męża, o swojej samotności i braku bezpieczeństwa. Spędzała długie godziny na wyrzucaniu z siebie tłumionego żalu, gniewu, frustracji. Nagle umysł okazywał się niezwykle czysty, myśli same ubierały się w słowa. Nikt niczego jej nie narzucał, decyzje stały się proste i oczywiste. Rozsmakowywała się w tej znajomości, powoli dojrzewając.

Sarah podziwiała Ją, a swoją fascynację wyrażała naśladując styl, ruchy, a nawet mimikę nowej znajomej. Przez długich dziesięć dni syciła się renesansem swojej osoby, poczuciem pewności siebie. Nauczyła się rozumieć, że wszystko, co robi, powinna robić dla siebie. Odnalazła także źródło swojego nieszczęścia. Wraz z upływem czasu kształtowała się w jej głowie natrętna myśl, że źródła takiego nie można wysuszyć, należy wypalić je, przyżegać, aż skamląc na kolanach będzie prosić o litość. Ona tylko uśmiechała się lekko słysząc te słowa, wypowiadane z wielką żarliwością i gniewem.

  • Ty sama wiesz najlepiej, co dla ciebie słuszne – mówiła.


Tego wieczoru Sarah chodziła wyraźnie podenerwowana. Cząsteczka Energii kwiliła niecierpliwie w jej wnętrzu. Długo przygotowywała się do tej rozmowy. Bez zapowiedzi przyszła do Jej mieszkania. Drzwi były otwarte, jakby Ona już od dawna na nią czekała. Dziewczyna usiadła na skraju eleganckiej skórzanej kanapy i wpatrywała się jak szczotkuje sobie włosy. Półdługie, miedzianorude, doskonale do Niej pasowały. Powoli, niespiesznie ubierała się w małą czarna, uważnie dobierając dodatki. Przez cały czas milczała. Dopiero, gdy się przygotowała, usiadła tuż przy Sarah. Spojrzała na nią uważnie i zapytała:

  • Jesteś tego pewna?

Energia w ciele kobiety zadygotała lekko, lecz ona sama nie zadrżała, gdy kiwała twierdząco głową.

  • Musisz mi pomóc – powiedziała tylko.

  • Po to tu jestem.


Jedenasty dzień rozpoczął się leniwymi promieniami słońca. Sarah nie spała już od dawna. Siedziała w swojej kuchni na krześle, ubrana jedynie w lekki szlafrok. Piła poranną kawę, choć wrzątek parzył jej wargi. Oblizała usta.

Wpatrywała się w męża Sarah. Michael drzemał płytko, nieświadom cichego świadka przy swoim łóżku. Oglądała jego regularne rysy, uśmiechając się z politowaniem.

  • Michael, dość już snu – powiedziała z rozbawieniem.

Otworzył oczy na dźwięk obcego głosu.

  • Co ty tu robisz? - zareagował natychmiast – Sarah cię wpuściła?

  • Nie musiała. To ja wybieram kiedy wejdę, a kiedy opuszczę dane miejsce.

Speszył się, nie do końca rozumiejąc sens jej słów.

  • Po co tu jesteś? - zapytał w końcu.

  • Sarah prosiła mnie o pomoc.

  • O pomoc w czym? Z samego rana? - Michael spojrzał w okno, słońce znikało w ramionach ciężkich, ciemnych chmur.

  • Poranek to preludium do Prawdy.

  • O czym tym mówisz? Masz jakiś problem? - zapytał arogancko.

  • Nie, ja nie mam problemów – zachichotała lekko – Ale dobrze, że poruszasz tą kwestię. Przyda Ci się trochę wyjaśnień. Rozsiądź się wygodnie.

Popatrzyła na niego spod rzęs. Wyglądał tak niewinnie, wręcz żałośnie. Sarah w kuchni poruszyła się na krześle. Słuchała.

  • Widzisz, Michael, wszystko na świecie dąży do harmonii i równowagi. Dynamicznie zmieniająca się codzienność stoi u podstaw stałości. Gdy ginie kwiat, na jego miejsce wyrasta następny. Podstawą każdego prawidła, każdej istoty, każdego procesu, jest Energia. Niektórzy o niej zapomnieli, inni usilnie próbują zignorować. Ludzie są tacy prości. Łatwiej im wyrzec się Prawdy i karmić się obłudą niż uwierzyć. Lecz Energia nie zapomniała o ludziach. Ona nie zniknęła i nie zniknie. Jest tuż obok, niedaleko, w zasięgu ręki – wyciągnęła przed siebie rękę grzbietem ku dołowi. Z dłoni zaczęły wypływać bliżej niezmaterializowane kształty, pulsując niczym serce bijące w piersi przestraszonego Michaela. Nie zwracając uwagi na jego reakcję, kontynuowała – Energia jednak jest niezwykle wybiórcza, zaczęła wybrzydzać, selekcjonuje ludzi, w których zachce się ukryć, w których będzie pulsować i czekać na właściwy dzień. Jest on wypadkową myśli, funkcją zmienności dawki zła, jaką serwowana jest jej często przez wiele lat. Niestety, Michael, Energia wiele lat temu zamieszkała w twojej żonie.

  • Jaka znowu energia? - obruszył się Michael.

  • Za późno na strach – szepnęła cicho Sarah, niepostrzeżenie wchodząc do pokoju – teraz już za późno. Dziś jest ten dzień.

  • Kochanie, czym ty mówisz?

  • 11. rocznica ślubu. Dokładnie dziś – powiedziała dobitnie, patrząc na swoją towarzyszkę, ta kontynuowała za nią.

  • Także 11. dzień naszej znajomości – dodała uprzejmie – Czas na równowagę, którą wystarczająco długo zaburzałeś.

Sarah leniwym ruchem uniosła w swojej ręce pistolet.

  • Kochanie, co to jest? - gwałtownie podniósł głos Michael, momentalnie siadając na łóżku.

  • Jakal, kaliber 13 mm, 390 mm długości, 19 mm średnicy – wyjaśniła mu wyczerpująco.

  • Co chcesz zrobić? - zapytał zmienionym tonem.

  • Dziś dokładnie 11. raz udało ci się mnie zgwałcić. Przez 11 lat małżeństwa miałeś 11 kochanek. Czy doprawdy uważasz, że czegoś jeszcze nie rozumiesz?

Zamilkł. Patrząc na nią zdezorientowany. Nie tego się spodziewał. Sarah powoli podniosła broń do twarzy. Była bardzo ciężka, lecz podniecona do granic możliwości Energia zniwelowała wszelkie niedogodności.

  • Nie rób tego – powiedział tylko.

Wystrzeliła bez słowa. Krew popłynęła na pościel, wsiąkając w miękki materiał. Sarah spojrzała na zegarek.

  • 11:11 – powiedziała tylko.

Potem przepełniło ją niesamowite uczucie, może od rozszalałej Energii, która rozpierała jej umysł, wysączając się na zewnątrz. Sarah jak po omacku próbowała odnaleźć swoją pomocniczkę. Pozostał tylko ślad, w postaci wolnych cząsteczek Energii, czekających na swoją siostrę, by ta, uwolniona z ciała, mogła ponownie się z nimi połączyć.

Rozszalałe zmysły galopowały przez korytarze, zabijając myśli, dusząc jaźń, przewracając ego. Sarah zatraciła się w smaku jednego słowa, krzyczała je wraz z energią, obie dumne i szczęśliwe. Nie liczyło się tu i teraz, czas zatarł się na granicy Mocą, kreując słowo ostatecznego spełnienia.

  • WOLNOŚĆ!


Siostra najstarsza – Zemsta.

skomentuj (4)
Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.

Prolog tudzież preludium do poznania.

2009-08-22 16:09:16

Z serii: Tryptyk.
Inspiracje: kiedyś go napisałam, zniknął. Dziś zaczyna powracać, w mam nadzieję lepszej oprawie i nieco zmienionym klimacie. Ta notka to jak ww. PROLOG.
Adnotacje: celowo, tytuł tryptyku podany na końcu notki.

Kiedyś ludzie wierzyli w magię. Niczym popularna bakteria krązyła w przyrodzie, znalazłbyś ją pod kamieniem, w szumie drzew, w oczach zwierzęcia. Mikroskopijne cząstki mocy żyły obok ludzi, czekające na kogoś, kto zrozumie ich język, zbada strukturę, nada nazwę i sens. Niewielu posiadało tę zdolność. Magia krążyła niespokojnie, szukając ujścia. Im dłużej błąkała się wśród tysięcy ślepców, tym bardziej niezależna się stawała.
Mistyczny dar? Szatańskie nasienie? Srebrna kula została zastąpiona kartą kredytową. Magia, dążąc do ładu i harmonii, napotykała pustkę. W próżni ludzkiego świata stawała się coraz bardziej apodyktyczna.
Zwierzęta wiedziały. Jednorożce, pegazy, gryfy. Lecz magia chciała więcej - władzy nad Życiem. Z narastającą lubością wspominała czasy lykan i wampirów.
Im mocniej pragnęła, im większy był jej głód, tym ciemniejsza się stawała. Z symbionta, sporadycznie oportunistycznego, zmieniała się w zarazę. Rządza kreśliła losy świata, kreując najpotężniejszą z plag. Zwykła magia, okruch mocy, energii, o istnieniu jakiej mgołbyś tylko śnić, zaczęła się jednoczyć. Cząstka po cząstce, w rękach istot nie z tego świata, rodziła soczyste owoce, ociekające trusizną i nienawiścią.

Magia powracała.


Tryptyk "SIostry Odrodzenia".

skomentuj (3)
Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.

Porażka.

2009-07-19 18:34:41

Z serii: poezja inspirowana.
Adnotacje: bo to zawsze będzie we mnie tkwiło.


To
Krótkie nic
Spacer w bylejakości

Zagłusz pusty śmiech
I tak jest bez wartości

Tutaj kłamstwo prosi o ofiarę
Wstydź się
Ja jeszcze postoję

Baranku prawdy
Bądź przeklęty
Każda Twoja łza zaschnęła na pościeli
Bez znaczenia
Bez wyboru
Bez wyrazu

L-I-T-O-Ś-Ć

Odejdź
Ja jeszcze popłaczę
Rzeźbiąc ostatnie namaszczenie.

skomentuj (2)
Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.

Trzcina.

2009-03-27 21:56:23

Z serii: proza inspirowana.

Inspiracja:  Muzyka, autobus. Nic banalniejszego być nie mogło.


Szary jest potwornym kolorem. Niczym lider wśród oprawców zmienia świat w przygnębiającą bylejakość. Człowiek tak bardzo boi się tej barwy. Szary. Mglisty. Nijaki.

Aileen przykleiła nos do autobusowej szyby. Chuchała, patrząc jak para wiernie odtwarza ślady palców pozostawione przez wcześniejszych pasażerów. Świat na zewnątrz był taki przytłaczający, bardzo chciała, by zaczynał się i kończył tu, w autobusie. Z niechęcią śledziła widoki po drugiej stronie szyby. Krótkie migawki z życia miasta: korki, klaksony, kolejne przystanki.

To przyszło nagle. Na przedostatnim przystanku. Tu. Natychmiast, powiedział głos w jej głowie. Posłusznie wstała i wyszła nim drzwi autobusu zatrzasnęły się bezszelestnie.

Rozejrzała się niepewnie. Tuż przy rozkładzie jazdy stała mała wyblakła ławeczka. Leżał na niej czarny marker. Wzięła go do ręki, uważnie oglądała, gubiąc się w przyczynach. Otworzyła, kreśląc na tablicy cztery słowa.

Po prostu nie chcę.

Spojrzała na swoje dzieło z politowaniem. Odłożyła marker na ławeczkę, odwróciła się na pięcie i pobiegła do domu. Szarość wchłonęła ją skwapliwie – Aileen była epizodem, ale jakże smakowitym.

Rano oczy dziewczyny poznały bordową odpowiedź.

Dlaczego boisz się żyć?

Czarny marker wyglądał kusząco. Musiała to zrobić po raz kolejny.

Nie chcę.

Więc znajdź powód.

Źrodło?

Przyczynę.

Od tego czasu codzienność przynosiła napięcie i oczekiwanie. Aileen czuła coś, czego nie doświadczyła nigdy wcześniej. KTOŚ ROZUMIAŁ. I zawsze odpowiadał. Tablica zapełniała się półsłówkami i niedomówieniami.

Kim jesteś?

Chęcią.

Prędzej czy później, musiała.

Przyjdę o zmierzchu.

Do zobaczenia.

Zjawiła się, gdy szarość czekała aż zmrok wyrwie jej asa z rękawa. Przestępowała niecierpliwie z nogi na nogę. Czy przyjdzie? Kim jest? Wielokrotnie analizowała wszystkie znaki zapytania, lecz nigdy nie wątpiła w sens i logikę wszystkiego, co się wydarzyło.

Kałuża odbijała jej twarz wyrażająca napięcie i zdenerwowanie.

- Aileen – mruknął miękko – Nie odwracaj się.

Drgnęła, lecz posłuchała. Zbliżył się do niej bezszelestnie, czuła ciepło jego ciała. Kałuża była perfekcyjnym lustrem. Zobaczyła go. Wstrząs był bolesny aż do szpiku kości. Łzy ściekały po jej twarzy, myśli krwawiły, ciało otępiało.

- Już? - załkała.

Zaprzeczył jednoznacznie.

- Nie, Aileen, Przyjdę, gdy uznam to za słuszne. Nie szukaj mnie, bo nie znajdziesz.

- Uwięziłeś mnie – powiedziała głucho.

- Tak. Nie zapomnisz, nie poszukasz, poczekasz.

Poczuła jego oddech na swoim karku i wiedziała, że ma rację. Zamilkł, zabierając ze sobą szarość. Spowita ciemnością, poznała smak gniewu.

- Jesteś potworem, słyszysz? Potworem!

Z kieszeni jej kurtki wystawał oskarżycielsko corpus delicti. Czerwony marker.


Życie pragnące śmierci.

Śmierć pragnąca żyć.

skomentuj (1)
Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.